“Live your truth. Express your love. Share your enthusiasm. Take action towards your dreams. Walk your talk. Dance and sing to your music. Embrace your blessings. Make today worth remembering.”
Goodnight. :)
Chyba jestem za słaba na związki. Nie przygotowałam się jeszcze na tak silną dawkę uczuć. Dopiero teraz odniosłam wrażenie, że chyba powinnam być sama. Jestem szesnastolatką, powinnam się teraz skupić na nauce, bawić się i korzystać z życia z przyjaciółmi. Zaczynam całkiem nowy rozdział. Nowa szkoła, właśnie tego teraz potrzebuję, wolności. Nie chcę się jeszcze zamartwiać takimi sprawami jak 'miłość'. Mam na to wszystko czas. Chyba nikt w tym wieku nie powinien brać tego na poważnie. Zbyt dużo czasu marnowałam na takie osoby. Na końcu zawsze się okazywało, że to jednak nie ten, z którym stworzę rodzinę i będę żyć długo i szczęśliwie. Zabawne prawda? Na spotkanie tej właściwej osoby mam tak wiele czasu, a ja zawsze się łudzę, że to już ten. To trochę głupie, w tym wieku mieć nadzieję na takie coś, ale przecież były już takie przypadki.. i przecież wiążemy się z ludźmi właśnie z taką myślą. Czy to tylko ja? Nie raz widzę w opisach ''mój/moja na zawsze'' więc wydaję mi się, że nie tylko ja mam takie podejście. Jednak związek na dłuższą metę nie jest dla mnie. O ile w ogóle związki są dla mnie. Nie chcę się już w tym wszystkim zatracać. Martwić się i płakać. Smucić się. Dlatego obiecuję sobie, że już nie będę brać niczego na poważnie, przynajmniej w najbliższym czasie, nawet dłużej niż najbliższym.
W sumie mam jeszcze taką osobę, ale nie wiem czy mogę nazwać ją przyjaciółką. Mieszkamy od siebie ponad tysiąc kilometrów, rzadko kiedy się spotykamy. W sumie, nie pamiętam kiedy ostatnio ją widziałam. Ale czy to ma znaczenie? Kiedy czuję smutek, złość, żal.. kiedy mi coś odbija, tak bardzo odbija, że potrzebuję psychologa nasuwa mi się tylko jedna osoba na myśl. Właśnie wtedy do niej piszę, i tylko do niej. To ona wie o mnie praktycznie wszystko. Nie wstydzę się z nią rozmawiać na żadne tematy, to ona mnie słucha i odpowiada mi długimi paragrafami. Zawsze mogę na nią liczyć. Potrafi przyznać mi rację, potrafi mnie wesprzeć, ochronić i powiedzieć prosto bez owijania, że jestem chora i muszę się ogarnąć. Nigdy nie mam jej tego za złe. Pozwalam jej spojrzeć na sprawę z jej perspektywy, bo nie jestem idealna i czasem potrzebuję kogoś kto by wyraził swoją szczerą opinie. Często się mylę. Jak i kiedy jej zaufałam? Właściwie to nie wiem. To się stało tak nagle, przybrała ważną postać dla mnie dość szybko. Rozmowy. Tylko rozmowy. Kilka spotkań. To, że się nie spotykamy nie znaczy, że też dla mnie wiele nie zrobiła pomijając wsparcie i rady. Jest kilka ważnych rzeczy, za które jestem bardzo wdzięczna. Nigdy nie nazwę jej przyjaciółką bo nie chcę jej stracić, choć w sumie nie muszę jej nikim nazywać by była dla mnie kimś ważnym. Nie wiem dlaczego tak dużo osób opowiada brednie o niej lub za jej plecami, wydaję mi się, że to serio zazdrość, choć to banalne. Jak można jej nie lubić? To najmilsza i najukochańsza osoba jaką znam. Jest świetna, w porządku i w ogóle, każdemu by tylko pomagała, ma takie dobre serduszko. Zasługuje na szczęście. Jeżeli ktoś nie ma do niej szacunku jest największym kretynem. Najpierw trzeba ją poznać by cokolwiek oceniać, a jak widać ludzie gadają o czym popadnie. Niestety ostatnio byłam jakaś nieobecna, małe problemy i ciągły dół, czuję jakbym sama jej nie pomagała, a przecież zawsze może na mnie liczyć. Na szczęście już u mnie wszystko dobrze, więc postaram się to naprawić. To chyba na tyle, idę chyba coś obejrzeć z miśkiem. Sajonara.